foto1
foto1
foto1
foto1
foto1


Dążymy do tego,
aby absolwent szkoły był człowiekiem prawym,
posiadającym rzetelną wiedzę,
przygotowanym do godnego, mądrego życia.

Konkurs literacki „Opowieści dawnych treści”

Rozalia Leśnikowska, klasa VI b

Opiekun merytoryczny – Anna Stanek

 

 

Śnieżna zawierucha

 

            Bardzo lubię rozmawiać ze swoją babcią, która często opowiada mi ciekawe historie ze swojej młodości. Pewnego styczniowego wieczoru także miało to miejsce. Tym razem do babcinej opowieści zainspirował nas pierwszy śnieg w tym sezonie. To już połowa stycznia, ale wreszcie pojawił się długo wyczekiwany przeze mnie biały puch, aby sprawić mi ogromną radość.

W ostatnią sobotę po obiedzie wybrałam się z mamą na górkę, by pozjeżdżać na sankach. Później przed domem ulepiłam ogromnego bałwana z tradycyjną metalową czapką na głowie i pomarańczowym noskiem. Podczas pracy nad tą uroczą postacią miałam dużo czasu na pewne przemyślenia. Przychodziły mi do głowy pytania, jak zwykle związane z życiem ludzi w czasach, kiedy na świecie nie było nawet mojej mamy. Słyszałam, że było jakoś lepiej, bo powietrze było świeże, ludzie więcej się ruszali, bo nie było samochodów, telewizory i komputery nie męczyły oczu, a jedzenie było o wiele zdrowsze niż dziś. Myśląc o tym ostatnim, od razu skierowałam wzrok na marchewkę, którą chciałam umieścić na najmniejszej kuli śniegowej, czyli głowie pod czerwonym garnkiem – kapeluszem.

– Ciekawe, na ile ona ekologiczna, co Mietek? – zapytałam retorycznie bałwana, którego konstruowanie właśnie kończyłam.

– Chyba czas na kolejną pogadankę z babcią Basią – dodałam. Zmarznięta, ruszyłam szybkim krokiem na gorącą malinową  herbatkę.

– Już jestem, babciu – krzyknęłam zdejmując mokre rękawice z zimnych dłoni.

– Cieszę się, Róziu. Siadaj, rozgrzejesz się. Przygotowałam dla ciebie twoją ulubioną herbatę – powiedziała z serdecznością.

Wtedy powiedziałam babci o swoich wątpliwościach, które zastanawiały mnie podczas lepienia Mietka, bo tak go nazwałam.

– Masz rację, to prawda. Gdy byłam dzieckiem, jedliśmy same zdrowe rzeczy. Moja mama, czyli twoja prababcia, miała ogródek pełen witamin, nie stosowała żadnych trujących oprysków. Dbałyśmy o niego razem. Pomagała nam też moja młodsza siostra Terenia. Moi bracia pomagali tacie w gospodarstwie. Kto miałby wtedy czas na telewizję? Wtedy nawet nie było telewizorów, nawet prądu nie było. To dobrze, bo dzięki temu zamiast gier, jakie teraz macie na komputerach, my graliśmy w piłkę, wchodziliśmy na drzewa, bawiliśmy się razem, a nie samotnie przed ekranem. We wszystkim sobie pomagaliśmy. Oczywiście, czyste było powietrze, niezanieczyszczone spalinami. Jednak jeśli ktoś zachorował, to lekarz nie dojechał w dziesięć minut. Trzeba było jechać w konie. A straż? Co to wtedy za straż była? Mój wujek był strażakiem. Zaprzęgał konie, zabierał wodę w beczkach i jechał pomagać. Było strasznie, burze były straszne. Stogi się paliły, dachy słomiane. Zanim wuj nalał wody wężykami, to już czasem nie było co ratować.

Babcia posmutniała na moment i po chwili przyznała, że nie może powiedzieć, czy kiedyś było lepiej lub gorzej. Po prostu inaczej. Zastanowiła się jeszcze, jakby chciała zmienić temat i zaczęła mówić dalej.

– Wiesz? Opowiem ci historię sprzed bardzo wielu lat. Kiedy byłam w twoim wieku, nie musiałam  w ogóle czekać z utęsknieniem na śnieg. On pojawiał się już na początku listopada. Na Wszystkich Świętych wszyscy grube kożuchy zakładali. To były mrozy! Lubiliśmy bawić się zimą na dworze. Szczególnie mój młodszy brat Heniek, wiesz który, uwielbiał chodzić ze mną na lód. Czasami miałam już dość opiekowania się młodszym rodzeństwem, ale z drugiej strony cieszyłam się, że mogę wyręczyć twoją prababcię Genię. Śmiechu było co niemiara, gdy dzieciaki wpadały w zaspy i nie mogły się wydostać. Trzeba było tych mniejszych wyciągać. Takich zasp to nie widziałaś. Jednak nie zawsze było tak wesoło – babcia oznajmiła, mrużąc tajemniczo oczy.

– Dlaczego? – spytałam z zaniepokojeniem.

– Do szkoły mieliśmy dość daleko. Chodziliśmy po cztery kilometry tam i z powrotem. Nawet, gdy na drogach było dużo śniegu. Ba, drogi nawet nie było widać, bo równo z polem była zasypana. Można było wiedzieć, gdzie ona jest, dzięki drzewom po jednej i po drugiej stronie. Pewnego razu na ostatniej lekcji zaczęło robić się jakoś ciemno. Do klasy wszedł pan dyrektor i trochę zdenerwowany zaczął coś mówić szeptem do naszej wychowawczyni. Pokiwała głową, po czym powiedziała, że dzieci, które mieszkają blisko szkoły, mają ubrać się i szybko biec do swoich domów. Pozostałe muszą zostać na noc w szkole. Ja i moja kuzynka ze starszej klasy szybko wybiegłyśmy ze szkoły, ponieważ miałyśmy możliwość  schronić się u naszej wspólnej cioci. Ulka trzymała mnie mocno, widząc, jak inne dzieci wiatr spychał do rowów. W ostatniej chwili znalazłyśmy się u cioci w sieni.

– Co to jest sień, babciu? – zapytałam z ciekawością.

– To taki korytarzyk. Słuchaj dalej. Chwilę potem wszyscy patrzyliśmy przez okno, co tam się wyrabia. Kurzyło tak mocno, że nic poza śniegiem nie było widać, ani domu sąsiadów, ani budy dla psa, ani nawet stodoły w podwórzu. Myśli, które wtedy zaprzątały mi głowę, to straszne wyobrażenie o tym, co teraz czują moi rodzice. Martwiłam się o nich, ale nic nie mogłam zrobić, bo przecież nie było telefonów. Moja ciocia uspokajała mnie, tłumacząc, co mogłoby się z nami stać, gdyby w szkole nas w porę nie poinformowano o zagrożeniu. Przytulała mnie co chwilę do siebie.

Babcia mówiła z takim przejęciem, jakby to wszystko działo się wczoraj. Miałam wrażenie, że to było jedno z największych jej przeżyć dzieciństwa. Z biegiem czasu okazało się jednak, że przygód miała wiele więcej. Opowiadała mi o nich przy kolejnych herbatkach. Wracając do tej historii – słuchałam jej z takim samym przeżyciem, z jakim babcia ją opowiadała.

– I co dalej? – wtrąciłam szybko.

– Po kilku godzinach śnieżyca ustała, ale drogi były trudno przejezdne, dla koni z wozami oczywiście. Nie myśl, że ktoś miał samochód. Nagle przez okno dał się zauważyć właśnie taki wóz. Przyjechał nim mój wujek, tata Ulki, która mieszkała zaledwie dwa kilometry od cioci Marysi, u której się zatrzymałyśmy. Zdecydował, że zabierze tylko Ulę, ale zapewnił, że sam na pewno pofatyguje się do mojego domu, żeby powiedzieć moim rodzicom, że jestem bezpieczna. Podobno moja mama bardzo płakała, obawiała się, że mogłam utknąć w zaspie podczas powrotu do domu. Zostałam u cioci na noc. Rano przyjechał po mnie twój pradziadek Lubomir, czyli mój tata. Opowiedział mi po drodze, ile strachu użyli, zanim dowiedzieli się, gdzie jestem.

            Ta historia bardzo mnie poruszyła. Słuchałam tak uważnie, że nawet nie zauważyłam, kiedy duży kubek z malinową herbatą był już pusty. Kruche ciasteczka ze starego przepisu babci Basi też zniknęły. Spojrzałyśmy na talerz, popatrzyłyśmy na siebie, uśmiechając się ciepło i ustaliłyśmy, że następnym tematem „Opowieści dawnych treści” będą dawne urządzenia, ponieważ ciekawi mnie, jak babcia radziła sobie z praniem, prasowaniem, przechowywaniem żywności. Przecież, jak sama powiedziała – prądu nie było. Ale to już zupełnie inna historia.

2021 Copyright My School Rights Reserved